O tym dlaczego powinniśmy częściej jeździć na Dolny Śląsk a rzadziej do Jastrzębiej Góry, czy Mikołajek.

Jest po „majówce”.

_ZUL5465

Mój Pan, który jest dobry i mądry poszedł do pracy, więc mam teraz chwilę żeby zaciągnąć jego komputer na moje posłanie i opowiedzieć wam o tygodniu poprzedzającym majowy weekend. Tygodniu dla mojego Pana intensywnym, a dla mnie co najmniej interesującym (aha, zdjęcia mu ukradłem, bo mi jednak ciężko w łapach trzymać lustrzankę, zdecydowanie lepiej posługuję się komórką albo GoPro 🙂 )

Wszystko zaczęło się jak zwykle. Od tego, że wyszliśmy na spacer.

Ale jak to z tymi spacerami u nas bywa, nie zakończyło się na zwykłym ganianiu wiewiórek po parku, o czym szybko się przekonałem, gdy w przepastnej, niebieskiej, plastikowej torbie z IKEI zniknęło zarówno moje posłanie jak i sucha karma i inne moje ulubione gadżety – piłki, kości i umiłowany miś bez głowy. Torba zniknęła gdzieś w bagażniku, wraz z innymi rzeczami Pana i chwilę później jechaliśmy już na południe Polski. Konkretnie w kierunku Katowic, zmierzając na Opolszczyznę. Chwilę tzw. „Gierkówką” a potem już na zachód, autostradą A4, by zjechać z niej na Krapkowice.

_ZUL3571

(Powyżej nasza dwunastocylindrowa karoca wiezie nas w siną dal)

Opolszczyzna jest interesująca z trzech powodów. Właściwie to z czterech, jeżeli kogoś interesuje festiwal piosenki… ale mnie nie interesuje wcale. Dla mnie jest – szczególnie w kierunku granicy z Czechami – swoistym przedpolem post-niemieckich ziem Rzeczypospolitej, na których zresztą mieszka spora mniejszość niemiecka (to ci co mają tą dwuosobową reprezentacje w naszym parlamencie) i gdzie nazwy miejscowości pisane są w dwóch językach (Polskim i Niemieckim, co oczywiste). Do tego zaczyna być tu widać różnicę, pomiędzy ziemiami poszczególnych zaborów, i tym jak były one zorganizowane i ile dochodów przynosiły swoim właścicielom. Zresztą styk trzech zaborów jeszcze na Górnym Śląsku powoduje niesnaski pomiędzy mieszkańcami Katowic a przylegającego do nich „Zagłębia” w myśl dowcipu: „Dlaczego w Gwiazdach* (*wysokie bloki w centrum Katowic, zbudowane na planie gwiazdy – przyp. Spoxa) wszystkie mieszkania na górnych piętrach są wolne? Bo widać z nich Sosnowiec”.

Nie zależnie jednak od „zaborczych” preferencji, czy pochodzenia, trzeba obiektywnie przyznać, że wszystkie ziemie poniemieckie na terytorium obecnej Polski są nie dosyć, że najbardziej malownicze, to jeszcze wyjątkowo imponujące (choć zruinowane). Są też wysoce imponujące jeśli wyobrazić sobie wielkość tych byłych majątków, jeszcze zanim zostały po PGR’owsku rozparcelowane. Przytłaczają wielkością murowanych stodół, budynków gospodarczych, obór, stajni i pałaców. Bidne Mazowsze i cała ściana wschodnia, budowana z drewna i byle jak nie może niestety się równać niemieckiej myśli technicznej i zapałowi budowlanemu, z którego efektów okoliczni mieszkańcy korzystają do dziś – np. z wiaduktów kolejowych, mostków i słupów przekaźnikowych (tych z cegły i tych ze stali). Co zaobserwowałem wystawiając łeb przez okno i pozwalając pędowi powietrza igrać z moimi uszami i rozwiewać ślinę z wystającego z paszczy języka.

Nim się zorientowałem dotarliśmy do naszego pierwszego, jak się okazało celu, czyli Zamku (Pałacu) niefortunnie zwanego „Moszna”. Przed wojną „Schloss Moschen”, czyli bajkowej rezydencji osobiście zaprojektowanej przez hrabiego Huberta von Tiele-Wincklera, przemysłowca, masona i nuworysza. Nuworysza, bo jego drzewo genealogiczne sięga jedynie XVIII wieku, ale też jego niesamowity z naszej, dzisiejszej perspektywy, ozdobny zamek, musiał się wtedy wydawać niesamowicie wulgarny, z tymi wszystkimi wieżyczkami, łbami bizonów i dzików, oraz tym całym ozdobnym tałatajstwem. Imponująca z zewnątrz „Moszna” była przez dekady powojenne używana jako „Centrum Terapii Leczenia Nerwic”, czyli po prostu wariatkowo, a teraz funkcjonuje jako dosyć brzydki, postkomunistyczny hotel, w którym kamienne elementy schodów pociągnięto brązową farbą olejną. Jako psa nie powinno mnie to wszystko interesować, ale jednak zbierało mi się na wymioty… To mógłby być jeden z najlepszych hoteli tego typu w Europie. A jest… okropny, ale i tak warto przyjechać go zobaczyć i zwiedzić. Chociaż pewnie po remoncie nie przyjmowaliby ze zwierzętami.

_ZUL4420 _ZUL4450 _ZUL4462 _ZUL4469 _ZUL4482 _ZUL4501 _ZUL4508

(Zamek Moszna i Daniele w jego parku)

Schloss Moschen ma jeszcze jedną zaletę. Znajduje się obok położonej między Prudnikiem a Głuchołazami, tuż pod Polsko-Czeską granicą, miejscowości Jarnołtówek, gdzie dobry przyjaciel mojego Pana, Leandro Decao – otworzył przed laty jedną z najlepszych włoskich restauracji w Polsce: „Włoski Smak, Sapori d’Italia”. Leandro pochodzi z Piemontu, ścigał się kiedyś samochodami Alfasud (co imponuje mojemu Panu) a potem, jak to bywa, zakochał się w Polce i osiadł na tych ziemiach na początku lat 90. Wiąże się z tym cała masa zabawnych anegdot, ale o tym może innym razem. Najważniejsze jest to, że Leandro wszystkie składniki do swoich potraw albo robi sam, albo sprowadza od najlepszych dostawców z Włoch. I tak na przykład można u niego zjeść i kupić fantastyczne szynki typu „crudo”, salami, pancette, czy „prosciutto cotto” (szynkę gotowaną) zrobione przez samego szefa kuchni, bez użycia jakiejkolwiek chemii, czy konserwantów. Mało tego, Leandro płaci lokalnym hodowcom, by w specjalny sposób karmili i traktowali świnie, które od nich kupuje. A za jego knajpą znajdują się zbudowane przez niego suszarnie i piece do pieczenia prosięcia… w całości! Palce lizać.

_ZUL4522 _ZUL4529 _ZUL4532 _ZUL4920 _ZUL4987 _ZUL4994 _ZUL5003 _ZUL5015

(wnętrza Zamku Moszna oraz nasza karoca z zamkiem w tle)

Stamtąd już blisko do Nysy, Kłodzka i w serce Kotliny Kłodzkiej i Dolnego Śląska. Albo drogą przez Czechy, wypadającej w Lądku Zdroju, albo przez Polskę, trochę naokoło, wzdłuż Jeziora Otmuchowskiego a potem skręcając w stronę Kamieńca Ząbkowickiego (gdzie znajduję się piękny zamek Marianny Orańskiej) i Ząbkowic Śląskich, przed wojną zwanych „Frankenstein”. Dziś można tu oglądać piękny neogotycki ratusz, a także krzywą, średniowieczną wieżę (wygląda jakby się miała zawalić, jak zdechłe krety kocham). Kiedyś zaś miasto wsławiło się w całej Europie zgoła czym innym. Opowieścią o miejscowych grabarzach, którzy w (tak jak słynni pielęgniarze z Łodzi od Pawulonu) postanowili zwiększyć sobie „ruch w interesie” poprzez trucie mieszkańców miasta. Nie byłoby w tym nic dziwnego (no dobra, było) gdyby nie to, że postanowili robić to za pomocą wykopywanych na cmentarzu fragmentów ludzkich zwłok (dobrze, że nie psich). Grabarzy złapano, powieszono, poćwiartowano i spalono. A sama opowieść dotarła do uszu niejakiej Mary Shelley, a reszta jak to mówią jest już historią…

_ZUL5750 _ZUL5759 _ZUL5765

(Ząbkowice Śląskie, Ratusz i Krzywa Wieża)

Takim sposobem, a raczej tą drogą dotarliśmy w końcu do Walimia. O czym opowiem wam w następnym odcinku. Opowiem także o tym jak zwiedziłem dwa inne zamki, oraz słynny Kościół Pokoju w Świdnicy. Dopiero później dlatego, że chyba słyszę już mojego Pana na klatce (tak, ciężko się piszę jak się jest psem, więc zajmuje mi to chwilę), a poza tym nie macie czasu, żeby czytać jakieś tasiemce. 🙂

Oto piosenka dnia:

Nazywam się Spox. Jestem psem i zatwierdzam tą wiadomość! Do zobaczenia w czwartek.

Reklamy

Nigdy nie wiem, dokąd mnie zaprowadzi…

_ZUL0100

Jak już mówiłem wcześniej mój Pan, który jest dobry i mądry (tak jestem psem, prowadzącym bloga, no już moglibyście przejść nad tym do porządku dziennego na Boga!) codziennie zabiera mnie na jakieś spacery. Zabiera bo musi. Trzy razy dziennie, inaczej sikałbym mu na róg łóżka, obgryzał meble i generalnie umarł z niewybiegania i rozsadzającej mnie energii.

Czasem jednak spacery te przybierają ciekawe formy, kiedy to kapuje się, że nagle wkładamy rzeczy jego i moje do walizek i zamiast do parku wsiadamy do wiozącej nas na lotnisko taksówki. Wtedy już wiem co się święci… nie przepadam za lataniem w luku dla zwierząt, ale uwielbiam podróże, piekne widoki, architekturę i samochody więc jakoś udaje mi się to wszystko przeboleć. Zresztą z tego co mówi mój Pan w samej kabinie też nie jest jakoś super wygodnie, odkąd linie lotnicze wciskają dodatkowe rzędy siedzeń do swoich samolotów.

Tak czy inaczej wyszliśmy na jeden z tych spacerów i 3 godziny i 45 minut później trafiliśmy do Lizbony, gdzie jak się okazało, mój pracujący jako dziennikarz pan (dobry i mądry i kocham jego) miał testować nowego Mercedesa klasy V (to taki van) w wersji „Marco Polo” (to taki rodzaj campera, zbudowanego na klasię V przez słynną Westfalię). Wylądowaliśmy w nocy, ale następnego dnia mieliśmy szanse pospacerować trochę po samej Lizbonie, będącej miejscem absolutnie magicznym. A wyglądało to mniej więcej o tak:

DSC_1134 DSC_0961 DSC_1096 DSC_0997 DSC_0942 DSC_0972 DSC_1008 DSC_1012 DSC_0966 DSC_1110 DSC_0995 DSC_0950 DSC_0921 DSC_0935 DSC_1108

Co za niesamowite miasto. Wąskie, pełne klimatu uliczki, stare tramwaje, widoki zapierające dech w piersiach (uwielbiam miasta położone na wzgórzach) i kontrast jaki stanowią stare dzielnice, z modernistycznymi parkami dwudziestolecia międzywojennego (świetne do biegania i obszczekiwania wiewiórek) i wybudowaną „na raz” na Wystawę światową w 1995 dzielnicą zwaną potocznie „Expo”. Można by się tu przeprowadzić gdyby znać tutejszy język. I pewnie Pan musiałby znaleźć pracę… ale to już nie moja sprawa.

Po tym krótkim zwiedzaniu wręczono nam kluczyki do samochodu (tzn. Panu wręczono a ja w tym czasie merdałem ogonem do sympatycznej Pani od PR’u Mercedes-Benz Vans) i ruszyliśmy w trasę, startując przeprawą przez najdłuższy most w Europie, most „Vasco da Gama”. Niesamowity twór architektoniczny, który podnosi się, opada i jeszcze do tego skręca w prawo (albo w lewo zależy jak na to patrzeć). Jechaliśmy trasą prowadzącą w stronę portowego miasta Setubal, najpierw między winnicami, potem wzdłuż górzystego wybrzeża, po niesamowitych, biegnących skraje przepaści serpentynach Parku Krajobrazowego de Arrabida, na których Pan chyba pomyślał, że bierze udział w wyścigu górskim a mi było po prostu niedobrze…

_ZUL9929 _ZUL9937 _ZUL9948 _ZUL9952 _ZUL9971 _ZUL9989 _ZUL0042 _ZUL0020

A teraz słowo o samym samochodzie. Zostałem gigantycznym fanem Klasy V „Marco Polo” zanim jeszcze wsiedliśmy na prowadzący z Setubal do Costa da Gale prom. Ten samochód to genialny kompromis pomiędzy wszystkimi możliwymi światami. Odkąd zyskał inspirowane Klasą S wnętrze jest jeszcze bardziej luksusowym, przyjemnym miejscem do „przebywania”, nie czuć w środku, że podróżujemy Vanem, mającym jednak „plebejskie”, „robocze” konotacje. Szczególnie, jeśli nasze Marco Polo jest akurat wyposażone w skórzaną tapicerkę, system audio Burmester (Dolby Pro Logic 7), czy 7-biegową automatyczną skrzynię biegów ZF, dzięki której pali na „setkę” 9.8 litrów, tam gdzie poprzednia wersja Viano Marco Polo paliła 14/16 litrów (samochód waży 2.4 tony, więc ma prawo trochę tą ropę chłeptać, szczególnie na górskich podjazdach). Ale nie chodzi też o to, że jest on luksusowy, że poprawiono gigantycznie jakość wykonania licznych szafek, szuflad, lodówek, zlewów i tym podobnych sprzętów sprawiających, że jest on także kamperem godnym gwiaździstego logo. Chodzi o to, że na (niemieckiej) autostradzie pojedzie 200km/h bez żadnego wysiłku, a jak już dojedzie do miejsca, w którym chcemy się zatrzymać, jest na tyle kompaktowy, że można go normalnie zaparkować na ulicy, lub w garaży podziemnym. Nie trzeba więc zostawiać go na podmiejskim parkingu, jak normalnego kampera, a potem w wąskie uliczki średniowiecznego miasta ruszać taksówką lub na piechotę. Z Marco Polo można wbić się do centrum Sieny, Palmy de Mallorca czy Setubal, bez żadnego stresu. Do tego mogą spać w nim cztery osoby! W naszym przypadku, mój pan na podwójnym łóżku na górze, pod rozkładanym elektrycznie dachem, a ja na podwójnym łóżku na dole, jakie tworzą tylne siedzenia wraz z półką w bagażniku. Wszystko elektryczne, zautomatyzowane – z pompowanych boczków siedzeń, tak potrzebnych do trzymania (ludzkiego) ciała na serpentynach można np. spuścić powietrze, tak by nasze łoże było równe i płaskie. Do tego umywalka, kuchenka gazowa na dwa palniki, lodówka, stolik wewnętrzny, stolik zewnętrzny i dwa krzesła – wszystko sprytnie pochowane, włącznie z zewnętrznym prysznicem z zimną wodą – IDEALNYM do mycia psa. Ludzie mogą załatwiać swoje potrzeby w kempingowych toaletach, w których w dzisiejszych czasach jest (umówmy się) wszystko. Mało tego, gdy Pan zatrzymywał się gdzieś i otwierał do zdjęć dach, ludzie wychodzili z knajp i oglądali Klasę V jakby to było jakieś Ferrari, czy Lamborghini.

_ZUL0104 _ZUL0107 _ZUL0119 _ZUL0130 _ZUL0138 _ZUL0154 _ZUL0158 _ZUL0160

Gdy dotarliśmy do portu i wsiadaliśmy na prom pogoda się niestety zepsuła, za to parę kilometrów dalej czekała na nas nagroda, czyli piękna plaża nad Oceanem Atlantyckim. Biegałem po niej jak szalony, podczas gdy Pan siedział na wystawionych z samochodu krzesłach, rozkoszując się lokalną oliwą, szynką (próbowałem pyszna) i serem, zaserwowanym z położonej na plaży knajpy Powiem wam tyle… warto czasem wyjść na spacer. Nigdy nie wiadomo w jakie piękne miejsce może was to zaprowadzić.

Nazywam się Spox. Jestem psem i zatwierdzam tą wiadomość!

_ZUL0165 _ZUL0182 _ZUL0200 _ZUL0205 _ZUL0214 _ZUL0227 _ZUL0232 _ZUL0235 _ZUL0244 _ZUL0260 _ZUL0245 _ZUL0220

O tym dlaczego czasem ciężko odkleić się od komputera? Czyli: Ej, weź wyjdź na zewnątrz!

293562775_a89d9993fe_o

Wiosna w pełni.

Tzn. Nie do końca „w pełni” bo można się jeszcze wieczorem sparzyć, czyli wyziębić bo potrafi być zimno, typu 2-3 stopnie Celsjusza.

Niezbyt przyjemne to wieczorne zimno. Martwię się wtedy o te wszystkie kwiaty na drzewach – Magnolie, Forsycje i takie tam. Głupio się martwię bo natura ma swoje sposoby na przetrwanie. Oglądałem kiedyś taki film z Will’em Smith’em, w którym ludzkość wyginęła (zostali tylko Zombie, ale to mało ważne) a miasta momentalnie zarosły roślinnością. Myślę, że dokładnie tak by się stało, gdyby czekała nas jakaś apokalipsa. Natura przetrwa zawsze i wszędzie. Przetrwała zlodowacenia, oraz wybuchy wulkanów. Przetrwa i lekkie kwietniowe przymrozki. Tak czy inaczej, dni są piękne. Chętnie spędzałbym je całe na dworze, grzejąc się w wiosennym słońcu, chodząc ulicami i obserwując listki, które jak zauważył Marek Raczkowski w jednym ze swoich dowcipów rysunkowych – „już wyłażą sk@#syny”. Łatwo wybuch wiosny przegapić – ten cudowny stan przejściowy – i od razu przejść już do stadium rozwiniętego wiosenno/letniego, które już tak fajne nie jest.

Zieleń jest teraz nie tak gęsta, ale za to strasznie świeża. Jestem psem, więc nie jem sałaty (chyba, że przez przypadek, wiecie jak jest) i właśnie tak widzę wiosnę. Jak środek sałaty. Ten taki jasny i chrupki mały listek, który mój Pan zawsze najbardziej lubi zjadać – dużo bardziej, jak twierdzi, niż te zewnętrzne, miękkie, ciemne liście. Fu. Ale dobra. Rozumiem go.

Ale to jakaś strasznie długa dygresja… Ale wiem co chciałem. Ponieważ Internet nie ma końca, jest nieograniczonym jak wszechświat zasobem bodźców, do którego często przenosi się życie towarzyskie i uczuciowe… często ciężko jest się od niego odkleić. Ile razy widziałem Pana jak siedzi i klika w jakieś głupoty, nawet takie, które widział już milion razy, zamiast wyjść z domu, spotkać się z kimś prawdziwym, albo poczytać książkę. Dobrze, że ma mnie, bo tak to nie wiem, czy by czasami w ogóle wychodził na zewnątrz.

Tak czy inaczej. Dzisiaj na facebooka wkleiłem film Prince’a EA, który nakłania ludzi do życia ze sobą, a nie obok siebie. Do niewgapiania się w ekran telefonu czy tabletu. Ja poszedłbym dalej i namawiał was do wyjścia na zewnątrz. Obserwowania oznak wiosny. Samemu, z rodziną, z psem, z przyjaciółmi, z psem, z psem, psem… z kotem nigdy, w żadnym razie.

Jak wiecie, wróciłem ostatnio z Dubaju, gdzie panuje tylko jedna pora roku. Pomyślcie jakie to szczęście, że mamy w Polsce, różne cykle pogodowe – wole nasze deszcze, wiatry, ale także nasze wiosenne słońce od beżowego piasku, beżowego nieba i beżowych miast petro-Beduinów.

Także taką mam myśl na koniec tego wywodu. Wyjdźcie sobie na spacer.

Mam na imię Spox. Jestem psem. I zatwierdzam tę wiadomość.

Ahoj.

Spox w Dubaju. Czyli Las Vegas Południa.

Spox w Dubaju.


 

Processed with VSCOcam with f2 preset

Lubię podróżować. Są oczywiście tacy, którzy cenią sobie wygodę własnego fotela, czy kanapy, ponad wątpliwe przyjemności wygniecionego miejsca w dusznym (lub zbyt zimnym) samolocie, i późniejsze przygody związane z nieznanym jedzeniem, czy pomyłkami w nawigacji spowodowanymi nieporozumieniami językowymi. Ale dla mnie to nie problem. Przyzwyczaiłem się.

Zresztą… mały wgląd w świat psa: Jeśli wydaje wam się, że wszyscy szczekamy w tym samym języku to się mylicie. Arabskie psy szczekają po Arabsku i ni w ząb ich nie można zrozumieć. Do tego w Dubaju nie widziałem żadnego czworonoga. Oprócz tego w hotelowym lustrze.

No właśnie. Dubaj. Zawiało mnie aż tam, do tego Emiratu, bo mój Pan dostał od BMW zaproszenie na jazdy rajdowym Mini teamu X-raid, który to team zwyciężył w trzech ostatnich rajdach Dakar. Dla niego poważna sprawa bo ekscytował się i stresował straszliwie. To pierwsze dlatego, że nie wielu ludzi na świecie miało taką możliwość, to drugie ze strachu żeby nie zrobić z siebie idioty i nie popsuć jakoś tego bezcennego auta.

Tak właśnie, ubezpieczywszy się wcześniej od wszelakich wypadków, polecieliśmy do Dubaju. On w pierwszej klasie (upgrade’owany, farciarz jeden) ja w specjalnym luku dla zwierząt, bo za duży jestem by latać w kabinie, nawalony środkiem usypiającym. Pięć i pół godziny lotu, dla niego wypełnionego szampanem, tatarem z łosia i grillowanym okoniem morskim, oraz filmem „Hobbit – bitwa pięciu Armii”, dla mnie czernią i własnymi sennymi marami.

Processed with VSCOcam with c1 preset

Wylądowaliśmy w nocy i pomimo wczesnej dla nas pory (Dubaj jest czasowo dwie godziny do przodu w porównaniu z Warszawą) poszliśmy spać widząc wcześniej tylko tyle ile można było zobaczyć z okna taksówki, czyli nic. Następnego dnia zmrożeniu hotelową klimatyzacją, która pomimo prób ustawiania jej przez Pana, który jest dobry i mądry, nie chciała przestać dmuchać powietrzem zimniejszym niż -10, wstaliśmy i po szybkim śniadaniu zjedzonym na tarasie pod palmami, ruszyliśmy na zwiedzanie miasta.

Co z tego wyniosłem? W Dubaju działa Uber, przystanki autobusowe są zamykane i klimatyzowane (bo w lecie temperatura powietrza przekracza często 50 stopni, choć nigdy oficjalnie bo wtedy rząd ma obowiązek „zamknąć” kraj na cztery spusty), a miasto jest zasadniczo fajne. Ale nie na dłużej niż weekend i to bardziej jako „ciekawostka”, „osobliwość”, „baba z brodą”, niż rzeczywista metropolia z krwi i kości. Dlaczego? Choćby z powodu panującego w nim chaosu urbanistycznego. Niby o gustach się nie dyskutuje, więc wątpliwą jakość tutejszej architektury, wieżowców przypominających choćby Big Bena w wersji XXL, przemilczę. Niektóre są lepsze, inne gorsze (szejkowie zamawiają projekty także w najbardziej renomowanych pracowniach architektonicznych na świecie), jednak ciężko jest mówić o mieście i o jego centrum, jeżeli przez sam jego środek biegnie 14 pasmowa autostrada. Ulica, po której można fizycznie spacerować – wzdłuż słynnego „Dubai Mall”, w którym znajduje się stok narciarski w hali – jest jedna. Poza tym wszystko jest rozstrzelone od „sasa do lasa”. Pomiędzy istniejące wieżowce a nowe budowy, często wkrada się pustynia. Nic nie jest „obok siebie” a wszystko raczej „bezsensu”. Szejkowie, budują bowiem tam gdzie leży ich ziemia, a nie tam gdzie byłoby logicznie, czy też ładnie. Zresztą, z powodu pustynnego kurzu widoczność ograniczona jest do kilometra. Kosztujący 85 dolarów w przedsprzedaży, wjazd na 800 metrowy, najwyższy budynek świata – Burj Khalifa – nie ma więc sensu, bo i tak z góry nie można niczego zobaczyć. Dubaj jako punkt przesiadkowy (lotnisko urosło już do rozmiaru „największego na świecie”), jest godny polecenia. Jako turystyczny punkt docelowy, już mniej. Chociaż w zimie jest tu bardzo ciepło i można się opalić, jeśli ktoś chce się tylko wygrzać na hotelowym leżaku nad basenem.

Processed with VSCOcam with f2 preset

Pod wieloma względami samo miasto przypomina Las Vegas. Wyobrażam sobie nawet spotkanie, jeszcze zanim wbito w ten kawałek pustyni pierwszą łopatę, na którym Szejkowie, zadali sobie pytanie: „Jakie jeszcze znamy inne miasta na pustyni?” I ktoś wtedy powiedział „Eeee… Vegas?” a ktoś inny na to „no, to właśnie to zbudujemy u nas”. Dzięki temu podobieństwu, koszmarna w dzień całość, bardzo zyskuje nocą. Ciągle jest odrobinę odpustowa – budynki migoczą diodami LED, a to imitując wysadzane kryształami Svarowskiego kolczyki, a to znowu kolorowe neony Miami. Ale za to nie widać wtedy tego, co niedokończone. Nie widać ulic prowadzących donikąd. Nie widać, że większość biur, domów, mieszkań jest tu niezamieszkana. Widać za to supersamochody, krążące w kółko po ulicach i tłumy turystów, których trochę nie wiadomo co przyciąga. Bo jeśli chodzi o shopping to w mojej skąpej ocenie okazji to się tam nie złapie… ale jestem w końcu psem. Jednak miasto zyskuje nocą jakąś dziwną magie. Szczególnie czuć ją nad Dubai Creek, czyli słoną rzeką/kanałem/morzem, który przecina miasto i zasila zbiornik wodny pod Burj Khalifa, po którym można pływać łódkami (czując się trochę jak w Wietnamie, albo Tajlandii), obserwując gigantyczny pokaz fontann, który odbywa się co pół godziny. Światło i muzyka, z pełną synchronizacją z podświetlanym na różne kolory monstrualnym wieżowcem. Naprzeciwko znajduje się też fenomenalna argentyńska restauracja – „Asado” – umieszczona w położonym na wodzie hotelu „The Palace”, udającym coś w stylu arabskiej Wenecji. Ale jedzenie pyszne. Podobno. Bo dostałem tylko resztki, których nie zjadł Pan. No dobra. Były pyszne.

IMG_3170

Co jeszcze? No tak. Jeden dzień spędziliśmy na pustyni, gdzie Pan jeździł Dakarowym Mini. Do tego otrzymał kurs pilotażu rajdowego. O 7 rano, czyli 5 rano czasu polskiego, kolorował sobie mapkę odcinka specjalnego, po którym miał jechać. Zauważył potem, po pilotowaniu „Hołka”, który w Dakarze 2015 był na mecie trzeci, że bycie pilotem rajdowym to najtrudniejsza rzecz na świecie. Jest po prostu za dużo elementów do ogarnięcia! Mówił, że przypomina to granie na perkusji, gdzie trzeba zsynchronizować w rytmie nie tylko pracę obydwu rąk, ale też nóg no i oczu. Dla amatora, rzecz niemożliwa. Do tego, to pilot wykopuje zakopany samochód. Co na pustyni Atacama w Chile na 4000 metrów n.pm. gdzie brakuje tlenu, a upał jest równie dokuczliwy co w Dubaju, oznacza, że człowiek ma siłę tylko na trzy machnięcia łopatą, a potem chce się tylko położyć pod samochodem i umrzeć. Tak przynajmniej twierdzi Krzysztof Hołowczyc i należy mu wierzyć na słowo.

Processed with VSCOcam with f2 preset

Po jazdach samodzielnych, w których mój Pan wycyganił 3 kółka za kierownicą Dakarowego Mini po wyznaczonej przez organizatorów pustynnej trasie, wysiadł w takiej euforii, że nie było z nim rozmowy o niczym innym jak tylko tym co przeżył. Zachwycony tym, jak taki samochód rajdowy skręca, jak pokonuje piasek wydm, w którym człowiek zapada się idąc na nogach. Jak hamuje na luźnych nawierzchniach i jakie przechyły jest w stanie znosić. Nie mówiąc już o skokach jakie można nim oddawać. Zaglądałem do tego samochodu i w sumie nie dziwota. Ogromny prześwit, podwójne amortyzatory przy każdym kole, nadwozie z włókna węglowego, wał z tego samego materiału, sekwencyjna skrzynia Sadev, wszystko tak wymyślne, że konkurencja będzie miała te części dopiero za dwa lata. Inżynieria kosmiczna. Robi wrażenia. Na moim Panu zrobiło na pewno. Także to, że na koniec przebił oponę kamieniem i się w piasku pustyni zakopał. Wraz z pilotem Xavierem Panseri wykopywali samochód przez 40 minut co stanowiło ukoronowanie tego „dakarowego przeżycia”. Wrócił spocony i wykończony (w samochodzie panowała temperatura 60 stopni) i pełen szacunku dla ciężkiej pracy współczesnych gladiatorów, jakimi są startujący w Dakarze zawodnicy. Oni jadą nie przez 30 minut, tak jak on, ale przez bite dwa tygodnie.

Processed with VSCOcam with f2 preset

Ja w sumie też mam dla nich szacunek. Zarówno „Hołek” jak i Nani Roma podrapali tego psa dwa razy za uchem. Spoko chłopaki.

Processed with VSCOcam with f2 preset

P.S. Nie zapomnijcie mnie śledzić na Instagramie i Facebooku.

P.S.2 Piosenka na poniedziałek, The Roots i „The Seed 2.0”. Bo idzie wiosna i energia pozytywna jest potrzebna.

SPOX PRZEJMUJE BLOGA!

blog

 

Miałem napisać do was jeszcze przed świętami, ale „święta, święta i po świętach”, a w weekendy to lepiej się nadają na spacery i bieganie na świeżym powietrzu, zamiast na siedzenie przed komputerem. I to pomimo pogody, która była raczej „błe”.

Trochę ta cała sytuacja jest niezręczna, bo niby występuje tu i ówdzie w Internecie i telewizji, więc możemy się kojarzyć nawzajem, ale właściwie to… się nie znamy. Niezręczna tym bardziej bo mam na imię Spox i jestem psem.

Tak jest. Psem.

Zostałem też, co prawda nie „pomimo protestów”, ale z „pewną obojętnością” maskotką Superpolisy. Wychaczyli mnie na ulicy, że niby ładny i charakterny no i poszło. Co ma pies do ubezpieczeń? Nie wiem. Ale przynajmniej widzę, że mój Pan, który pracuje jako dziennikarz i fotograf i zdarza mu się „tracić płynność”, co za zwyczaj kwituje jakąś wiązanką przekleństw, kupuje mi teraz dziesięć razy smaczniejszą karmę. Wnioskuję więc, że obydwojgu nam się to opłaca. Mniam.

I tak sobie siedziałem i myślałem, pozbawiając ulubioną maskotkę kolejnej kończyny, że właściwie to mógłbym się jakoś zaangażować w tą całą historię z Superpolisą, bo w końcu nie chcę być nikomu nic dłużny. Jestem psem, ale mam dużo do powiedzenia na każdy temat i na pewno są tacy spośród was, którzy chętnie tego posłuchają. Nie umiem mówić, ale komputerem posługuję się nieźle, komórką też. Pan nie wie, że jego stary iPhone wcale się nie zgubił tylko, że ja go mam. Hehe. Wy ludzie jesteście generalnie dosyć ślepi. Nie wiecie o tym, ale każdy pies to haker. To jedna z tych tajemnic życia, tak jak „gdzie znika z pralki pojedyncza skarpetka”. Jak wam coś zniknie z komputera, albo coś się „samo” źle wrzuci na fejsa powodując towarzyski ambaras, a jesteście właścicielem domowego zwierzaka… to dokładnie, to my to robimy. Koty też, a one są wyjątkowo wredne, bo mają zwinniejsze łapy i umysły godne prawdziwych geniuszy zła.

Ale to jakaś taśmowa dygresja.

A propos taśm. Postanowiłem sobie, że z każdym poniedziałkiem dostaniecie ode mnie prezent. Playliste tygodnia, muzykę na każdy jego dzień (z weekendem włącznie). Żebyśmy mieli czego słuchać.

 

Poniedziałek:

Eeeee przegapiliśmy poniedziałek, bo dzisiaj wtorek, ale jakby poniedziałek… Na początek tak pięknego tygodnia – kolega ze szkoły Fryderyka Chopina, zapomniany na wiele stuleci Ignacy Feliks Dobrzyński i koncert A-Dur Op. 2.

Wtorek:

Podobno wróciliście dzisiaj do pracy (choć w Warszawie, w której mieszkam jeszcze tego nie widać), więc energetyzujący numer „blast from the past” z młodości mojego pana. Cam’ron – „Hey Ma”.

Środa:

Na środę coś z zupełnie innej beczki, środa to ciężki dzień. Środkowy. Do weekendu jeszcze daleko. Chociaż niektórzy mówią, że to taki mini piątek. Sam nie wiem… Na środę Neil Young – „Down by the River”.

Czwartek:

W czwartek mój Pan już myśli o swoich piątkowych klubowych wyjściach, wtedy wjeżdża elektronika. Lubię dobrą elektronikę. Na przykład Nicolasa Jaar’a i projekt Darkside. Na czwartek idealny jest ich kawałek „Paper Trails”.

Piątek

Piątek, weekendu początek. Są tylko jedni mistrzowie weekendu. Queen i numer „Black Chat” z płyty „Hot Space”. Klassssyyyyk!

Sobota:

Najpowolniejsze poranki są właśnie w sobotę. Coś to ma chyba wspólnego z tym, że mój Pan wraca zawsze późno w nocy, albo nad ranem… ech… O poranku w soboty panuje cisza. Albo powoli sączy się Deadbeat i płyta „Wildlife Documentaries”.

Niedziela:

Niedziela. Todd Terje i „Inspector Norse”. Tyle.

Aaaaa i P.S. nie zapomnijcie śledzić mnie na Instagramie – jestem tam jako Superpolisa, oraz na Facebooku!