Spox w Dubaju. Czyli Las Vegas Południa.

Spox w Dubaju.


 

Processed with VSCOcam with f2 preset

Lubię podróżować. Są oczywiście tacy, którzy cenią sobie wygodę własnego fotela, czy kanapy, ponad wątpliwe przyjemności wygniecionego miejsca w dusznym (lub zbyt zimnym) samolocie, i późniejsze przygody związane z nieznanym jedzeniem, czy pomyłkami w nawigacji spowodowanymi nieporozumieniami językowymi. Ale dla mnie to nie problem. Przyzwyczaiłem się.

Zresztą… mały wgląd w świat psa: Jeśli wydaje wam się, że wszyscy szczekamy w tym samym języku to się mylicie. Arabskie psy szczekają po Arabsku i ni w ząb ich nie można zrozumieć. Do tego w Dubaju nie widziałem żadnego czworonoga. Oprócz tego w hotelowym lustrze.

No właśnie. Dubaj. Zawiało mnie aż tam, do tego Emiratu, bo mój Pan dostał od BMW zaproszenie na jazdy rajdowym Mini teamu X-raid, który to team zwyciężył w trzech ostatnich rajdach Dakar. Dla niego poważna sprawa bo ekscytował się i stresował straszliwie. To pierwsze dlatego, że nie wielu ludzi na świecie miało taką możliwość, to drugie ze strachu żeby nie zrobić z siebie idioty i nie popsuć jakoś tego bezcennego auta.

Tak właśnie, ubezpieczywszy się wcześniej od wszelakich wypadków, polecieliśmy do Dubaju. On w pierwszej klasie (upgrade’owany, farciarz jeden) ja w specjalnym luku dla zwierząt, bo za duży jestem by latać w kabinie, nawalony środkiem usypiającym. Pięć i pół godziny lotu, dla niego wypełnionego szampanem, tatarem z łosia i grillowanym okoniem morskim, oraz filmem „Hobbit – bitwa pięciu Armii”, dla mnie czernią i własnymi sennymi marami.

Processed with VSCOcam with c1 preset

Wylądowaliśmy w nocy i pomimo wczesnej dla nas pory (Dubaj jest czasowo dwie godziny do przodu w porównaniu z Warszawą) poszliśmy spać widząc wcześniej tylko tyle ile można było zobaczyć z okna taksówki, czyli nic. Następnego dnia zmrożeniu hotelową klimatyzacją, która pomimo prób ustawiania jej przez Pana, który jest dobry i mądry, nie chciała przestać dmuchać powietrzem zimniejszym niż -10, wstaliśmy i po szybkim śniadaniu zjedzonym na tarasie pod palmami, ruszyliśmy na zwiedzanie miasta.

Co z tego wyniosłem? W Dubaju działa Uber, przystanki autobusowe są zamykane i klimatyzowane (bo w lecie temperatura powietrza przekracza często 50 stopni, choć nigdy oficjalnie bo wtedy rząd ma obowiązek „zamknąć” kraj na cztery spusty), a miasto jest zasadniczo fajne. Ale nie na dłużej niż weekend i to bardziej jako „ciekawostka”, „osobliwość”, „baba z brodą”, niż rzeczywista metropolia z krwi i kości. Dlaczego? Choćby z powodu panującego w nim chaosu urbanistycznego. Niby o gustach się nie dyskutuje, więc wątpliwą jakość tutejszej architektury, wieżowców przypominających choćby Big Bena w wersji XXL, przemilczę. Niektóre są lepsze, inne gorsze (szejkowie zamawiają projekty także w najbardziej renomowanych pracowniach architektonicznych na świecie), jednak ciężko jest mówić o mieście i o jego centrum, jeżeli przez sam jego środek biegnie 14 pasmowa autostrada. Ulica, po której można fizycznie spacerować – wzdłuż słynnego „Dubai Mall”, w którym znajduje się stok narciarski w hali – jest jedna. Poza tym wszystko jest rozstrzelone od „sasa do lasa”. Pomiędzy istniejące wieżowce a nowe budowy, często wkrada się pustynia. Nic nie jest „obok siebie” a wszystko raczej „bezsensu”. Szejkowie, budują bowiem tam gdzie leży ich ziemia, a nie tam gdzie byłoby logicznie, czy też ładnie. Zresztą, z powodu pustynnego kurzu widoczność ograniczona jest do kilometra. Kosztujący 85 dolarów w przedsprzedaży, wjazd na 800 metrowy, najwyższy budynek świata – Burj Khalifa – nie ma więc sensu, bo i tak z góry nie można niczego zobaczyć. Dubaj jako punkt przesiadkowy (lotnisko urosło już do rozmiaru „największego na świecie”), jest godny polecenia. Jako turystyczny punkt docelowy, już mniej. Chociaż w zimie jest tu bardzo ciepło i można się opalić, jeśli ktoś chce się tylko wygrzać na hotelowym leżaku nad basenem.

Processed with VSCOcam with f2 preset

Pod wieloma względami samo miasto przypomina Las Vegas. Wyobrażam sobie nawet spotkanie, jeszcze zanim wbito w ten kawałek pustyni pierwszą łopatę, na którym Szejkowie, zadali sobie pytanie: „Jakie jeszcze znamy inne miasta na pustyni?” I ktoś wtedy powiedział „Eeee… Vegas?” a ktoś inny na to „no, to właśnie to zbudujemy u nas”. Dzięki temu podobieństwu, koszmarna w dzień całość, bardzo zyskuje nocą. Ciągle jest odrobinę odpustowa – budynki migoczą diodami LED, a to imitując wysadzane kryształami Svarowskiego kolczyki, a to znowu kolorowe neony Miami. Ale za to nie widać wtedy tego, co niedokończone. Nie widać ulic prowadzących donikąd. Nie widać, że większość biur, domów, mieszkań jest tu niezamieszkana. Widać za to supersamochody, krążące w kółko po ulicach i tłumy turystów, których trochę nie wiadomo co przyciąga. Bo jeśli chodzi o shopping to w mojej skąpej ocenie okazji to się tam nie złapie… ale jestem w końcu psem. Jednak miasto zyskuje nocą jakąś dziwną magie. Szczególnie czuć ją nad Dubai Creek, czyli słoną rzeką/kanałem/morzem, który przecina miasto i zasila zbiornik wodny pod Burj Khalifa, po którym można pływać łódkami (czując się trochę jak w Wietnamie, albo Tajlandii), obserwując gigantyczny pokaz fontann, który odbywa się co pół godziny. Światło i muzyka, z pełną synchronizacją z podświetlanym na różne kolory monstrualnym wieżowcem. Naprzeciwko znajduje się też fenomenalna argentyńska restauracja – „Asado” – umieszczona w położonym na wodzie hotelu „The Palace”, udającym coś w stylu arabskiej Wenecji. Ale jedzenie pyszne. Podobno. Bo dostałem tylko resztki, których nie zjadł Pan. No dobra. Były pyszne.

IMG_3170

Co jeszcze? No tak. Jeden dzień spędziliśmy na pustyni, gdzie Pan jeździł Dakarowym Mini. Do tego otrzymał kurs pilotażu rajdowego. O 7 rano, czyli 5 rano czasu polskiego, kolorował sobie mapkę odcinka specjalnego, po którym miał jechać. Zauważył potem, po pilotowaniu „Hołka”, który w Dakarze 2015 był na mecie trzeci, że bycie pilotem rajdowym to najtrudniejsza rzecz na świecie. Jest po prostu za dużo elementów do ogarnięcia! Mówił, że przypomina to granie na perkusji, gdzie trzeba zsynchronizować w rytmie nie tylko pracę obydwu rąk, ale też nóg no i oczu. Dla amatora, rzecz niemożliwa. Do tego, to pilot wykopuje zakopany samochód. Co na pustyni Atacama w Chile na 4000 metrów n.pm. gdzie brakuje tlenu, a upał jest równie dokuczliwy co w Dubaju, oznacza, że człowiek ma siłę tylko na trzy machnięcia łopatą, a potem chce się tylko położyć pod samochodem i umrzeć. Tak przynajmniej twierdzi Krzysztof Hołowczyc i należy mu wierzyć na słowo.

Processed with VSCOcam with f2 preset

Po jazdach samodzielnych, w których mój Pan wycyganił 3 kółka za kierownicą Dakarowego Mini po wyznaczonej przez organizatorów pustynnej trasie, wysiadł w takiej euforii, że nie było z nim rozmowy o niczym innym jak tylko tym co przeżył. Zachwycony tym, jak taki samochód rajdowy skręca, jak pokonuje piasek wydm, w którym człowiek zapada się idąc na nogach. Jak hamuje na luźnych nawierzchniach i jakie przechyły jest w stanie znosić. Nie mówiąc już o skokach jakie można nim oddawać. Zaglądałem do tego samochodu i w sumie nie dziwota. Ogromny prześwit, podwójne amortyzatory przy każdym kole, nadwozie z włókna węglowego, wał z tego samego materiału, sekwencyjna skrzynia Sadev, wszystko tak wymyślne, że konkurencja będzie miała te części dopiero za dwa lata. Inżynieria kosmiczna. Robi wrażenia. Na moim Panu zrobiło na pewno. Także to, że na koniec przebił oponę kamieniem i się w piasku pustyni zakopał. Wraz z pilotem Xavierem Panseri wykopywali samochód przez 40 minut co stanowiło ukoronowanie tego „dakarowego przeżycia”. Wrócił spocony i wykończony (w samochodzie panowała temperatura 60 stopni) i pełen szacunku dla ciężkiej pracy współczesnych gladiatorów, jakimi są startujący w Dakarze zawodnicy. Oni jadą nie przez 30 minut, tak jak on, ale przez bite dwa tygodnie.

Processed with VSCOcam with f2 preset

Ja w sumie też mam dla nich szacunek. Zarówno „Hołek” jak i Nani Roma podrapali tego psa dwa razy za uchem. Spoko chłopaki.

Processed with VSCOcam with f2 preset

P.S. Nie zapomnijcie mnie śledzić na Instagramie i Facebooku.

P.S.2 Piosenka na poniedziałek, The Roots i „The Seed 2.0”. Bo idzie wiosna i energia pozytywna jest potrzebna.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s