O tym dlaczego powinniśmy częściej jeździć na Dolny Śląsk a rzadziej do Jastrzębiej Góry, czy Mikołajek.

Jest po „majówce”.

_ZUL5465

Mój Pan, który jest dobry i mądry poszedł do pracy, więc mam teraz chwilę żeby zaciągnąć jego komputer na moje posłanie i opowiedzieć wam o tygodniu poprzedzającym majowy weekend. Tygodniu dla mojego Pana intensywnym, a dla mnie co najmniej interesującym (aha, zdjęcia mu ukradłem, bo mi jednak ciężko w łapach trzymać lustrzankę, zdecydowanie lepiej posługuję się komórką albo GoPro 🙂 )

Wszystko zaczęło się jak zwykle. Od tego, że wyszliśmy na spacer.

Ale jak to z tymi spacerami u nas bywa, nie zakończyło się na zwykłym ganianiu wiewiórek po parku, o czym szybko się przekonałem, gdy w przepastnej, niebieskiej, plastikowej torbie z IKEI zniknęło zarówno moje posłanie jak i sucha karma i inne moje ulubione gadżety – piłki, kości i umiłowany miś bez głowy. Torba zniknęła gdzieś w bagażniku, wraz z innymi rzeczami Pana i chwilę później jechaliśmy już na południe Polski. Konkretnie w kierunku Katowic, zmierzając na Opolszczyznę. Chwilę tzw. „Gierkówką” a potem już na zachód, autostradą A4, by zjechać z niej na Krapkowice.

_ZUL3571

(Powyżej nasza dwunastocylindrowa karoca wiezie nas w siną dal)

Opolszczyzna jest interesująca z trzech powodów. Właściwie to z czterech, jeżeli kogoś interesuje festiwal piosenki… ale mnie nie interesuje wcale. Dla mnie jest – szczególnie w kierunku granicy z Czechami – swoistym przedpolem post-niemieckich ziem Rzeczypospolitej, na których zresztą mieszka spora mniejszość niemiecka (to ci co mają tą dwuosobową reprezentacje w naszym parlamencie) i gdzie nazwy miejscowości pisane są w dwóch językach (Polskim i Niemieckim, co oczywiste). Do tego zaczyna być tu widać różnicę, pomiędzy ziemiami poszczególnych zaborów, i tym jak były one zorganizowane i ile dochodów przynosiły swoim właścicielom. Zresztą styk trzech zaborów jeszcze na Górnym Śląsku powoduje niesnaski pomiędzy mieszkańcami Katowic a przylegającego do nich „Zagłębia” w myśl dowcipu: „Dlaczego w Gwiazdach* (*wysokie bloki w centrum Katowic, zbudowane na planie gwiazdy – przyp. Spoxa) wszystkie mieszkania na górnych piętrach są wolne? Bo widać z nich Sosnowiec”.

Nie zależnie jednak od „zaborczych” preferencji, czy pochodzenia, trzeba obiektywnie przyznać, że wszystkie ziemie poniemieckie na terytorium obecnej Polski są nie dosyć, że najbardziej malownicze, to jeszcze wyjątkowo imponujące (choć zruinowane). Są też wysoce imponujące jeśli wyobrazić sobie wielkość tych byłych majątków, jeszcze zanim zostały po PGR’owsku rozparcelowane. Przytłaczają wielkością murowanych stodół, budynków gospodarczych, obór, stajni i pałaców. Bidne Mazowsze i cała ściana wschodnia, budowana z drewna i byle jak nie może niestety się równać niemieckiej myśli technicznej i zapałowi budowlanemu, z którego efektów okoliczni mieszkańcy korzystają do dziś – np. z wiaduktów kolejowych, mostków i słupów przekaźnikowych (tych z cegły i tych ze stali). Co zaobserwowałem wystawiając łeb przez okno i pozwalając pędowi powietrza igrać z moimi uszami i rozwiewać ślinę z wystającego z paszczy języka.

Nim się zorientowałem dotarliśmy do naszego pierwszego, jak się okazało celu, czyli Zamku (Pałacu) niefortunnie zwanego „Moszna”. Przed wojną „Schloss Moschen”, czyli bajkowej rezydencji osobiście zaprojektowanej przez hrabiego Huberta von Tiele-Wincklera, przemysłowca, masona i nuworysza. Nuworysza, bo jego drzewo genealogiczne sięga jedynie XVIII wieku, ale też jego niesamowity z naszej, dzisiejszej perspektywy, ozdobny zamek, musiał się wtedy wydawać niesamowicie wulgarny, z tymi wszystkimi wieżyczkami, łbami bizonów i dzików, oraz tym całym ozdobnym tałatajstwem. Imponująca z zewnątrz „Moszna” była przez dekady powojenne używana jako „Centrum Terapii Leczenia Nerwic”, czyli po prostu wariatkowo, a teraz funkcjonuje jako dosyć brzydki, postkomunistyczny hotel, w którym kamienne elementy schodów pociągnięto brązową farbą olejną. Jako psa nie powinno mnie to wszystko interesować, ale jednak zbierało mi się na wymioty… To mógłby być jeden z najlepszych hoteli tego typu w Europie. A jest… okropny, ale i tak warto przyjechać go zobaczyć i zwiedzić. Chociaż pewnie po remoncie nie przyjmowaliby ze zwierzętami.

_ZUL4420 _ZUL4450 _ZUL4462 _ZUL4469 _ZUL4482 _ZUL4501 _ZUL4508

(Zamek Moszna i Daniele w jego parku)

Schloss Moschen ma jeszcze jedną zaletę. Znajduje się obok położonej między Prudnikiem a Głuchołazami, tuż pod Polsko-Czeską granicą, miejscowości Jarnołtówek, gdzie dobry przyjaciel mojego Pana, Leandro Decao – otworzył przed laty jedną z najlepszych włoskich restauracji w Polsce: „Włoski Smak, Sapori d’Italia”. Leandro pochodzi z Piemontu, ścigał się kiedyś samochodami Alfasud (co imponuje mojemu Panu) a potem, jak to bywa, zakochał się w Polce i osiadł na tych ziemiach na początku lat 90. Wiąże się z tym cała masa zabawnych anegdot, ale o tym może innym razem. Najważniejsze jest to, że Leandro wszystkie składniki do swoich potraw albo robi sam, albo sprowadza od najlepszych dostawców z Włoch. I tak na przykład można u niego zjeść i kupić fantastyczne szynki typu „crudo”, salami, pancette, czy „prosciutto cotto” (szynkę gotowaną) zrobione przez samego szefa kuchni, bez użycia jakiejkolwiek chemii, czy konserwantów. Mało tego, Leandro płaci lokalnym hodowcom, by w specjalny sposób karmili i traktowali świnie, które od nich kupuje. A za jego knajpą znajdują się zbudowane przez niego suszarnie i piece do pieczenia prosięcia… w całości! Palce lizać.

_ZUL4522 _ZUL4529 _ZUL4532 _ZUL4920 _ZUL4987 _ZUL4994 _ZUL5003 _ZUL5015

(wnętrza Zamku Moszna oraz nasza karoca z zamkiem w tle)

Stamtąd już blisko do Nysy, Kłodzka i w serce Kotliny Kłodzkiej i Dolnego Śląska. Albo drogą przez Czechy, wypadającej w Lądku Zdroju, albo przez Polskę, trochę naokoło, wzdłuż Jeziora Otmuchowskiego a potem skręcając w stronę Kamieńca Ząbkowickiego (gdzie znajduję się piękny zamek Marianny Orańskiej) i Ząbkowic Śląskich, przed wojną zwanych „Frankenstein”. Dziś można tu oglądać piękny neogotycki ratusz, a także krzywą, średniowieczną wieżę (wygląda jakby się miała zawalić, jak zdechłe krety kocham). Kiedyś zaś miasto wsławiło się w całej Europie zgoła czym innym. Opowieścią o miejscowych grabarzach, którzy w (tak jak słynni pielęgniarze z Łodzi od Pawulonu) postanowili zwiększyć sobie „ruch w interesie” poprzez trucie mieszkańców miasta. Nie byłoby w tym nic dziwnego (no dobra, było) gdyby nie to, że postanowili robić to za pomocą wykopywanych na cmentarzu fragmentów ludzkich zwłok (dobrze, że nie psich). Grabarzy złapano, powieszono, poćwiartowano i spalono. A sama opowieść dotarła do uszu niejakiej Mary Shelley, a reszta jak to mówią jest już historią…

_ZUL5750 _ZUL5759 _ZUL5765

(Ząbkowice Śląskie, Ratusz i Krzywa Wieża)

Takim sposobem, a raczej tą drogą dotarliśmy w końcu do Walimia. O czym opowiem wam w następnym odcinku. Opowiem także o tym jak zwiedziłem dwa inne zamki, oraz słynny Kościół Pokoju w Świdnicy. Dopiero później dlatego, że chyba słyszę już mojego Pana na klatce (tak, ciężko się piszę jak się jest psem, więc zajmuje mi to chwilę), a poza tym nie macie czasu, żeby czytać jakieś tasiemce. 🙂

Oto piosenka dnia:

Nazywam się Spox. Jestem psem i zatwierdzam tą wiadomość! Do zobaczenia w czwartek.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s